Schron Atomowy i przeciwlotniczy
HeritageSchrony przeciwlotnicze w Parku Wilsona — milcząca pamięć pod poznańskim parkiem
Pod koronami kasztanowców i lip, wśród alejek, po których spacerują rodziny z wózkami, kryje się świat, o którym większość poznaniaków nie ma pojęcia. Kilka metrów pod trawnikami Parku Wilsona — jednej z najbardziej urokliwych zielonych oaz na Łazarzu — biegną betonowe korytarze. Wąskie, kręte, pozbawione światła dziennego. Pachną wilgocią i starym tynkiem. To schrony przeciwlotnicze z czasów II wojny światowej — miejsca, w których historia zatrzymała się w pół kroku i czeka na tych, którzy zechcą ją usłyszeć.

Geneza — schrony budowane w tajemnicy
Historia schronów zaczyna się w mrocznym okresie okupacji niemieckiej. W latach 1941–1943, na zlecenie niemieckich firm budowlanych, pod Parkiem Wilsona wzniesiono trzy podziemne schrony przeciwlotnicze. Prace wykonywali polscy robotnicy przymusowi. Budowle miały służyć niemieckim mieszkańcom okolicznych kamienic przy ulicach Matejki i Głogowskiej — przede wszystkim matkom z dziećmi, które w razie nalotu alianckiego mogły szybko zbiec do podziemi.
Bezpośrednim impulsem do budowy było bombardowanie Poznania przez brytyjskie RAF w 1941 roku, które pochłonęło kilkanaście ofiar. Arthur Greiser — namiestnik Rzeszy w Kraju Warty i jeden z najważniejszych nazistowskich urzędników w regionie, rezydujący w willi przy ul. Berwińskiego 5 — kazał zbudować również własny, prywatny schron pod swoją rezydencją. Schrony w Parku Wilsona powstały jako część szerszego systemu obrony cywilnej Poznania.
Los budowniczych był tragiczny. Według relacji, polscy robotnicy po zakończeniu prac zostali rozstrzelani — aby informacja o lokalizacji schronów nie wydostała się na zewnątrz. Ten fakt nadaje tym podziemiom wymiar nie tylko architektoniczny, ale głęboko ludzki. Betonowe ściany, które miały chronić życie, powstały kosztem innych istnień.
Trzy schrony, trzy lokalizacje
Pod Parkiem Wilsona ukryto nie jeden, lecz trzy osobne schrony. Pierwszy ciągnie się wzdłuż ulicy Matejki — to jedyny, który można dziś zwiedzać. Drugi znajduje się na skrzyżowaniu ulic Matejki i Berwińskiego, w pobliżu dawnej siedziby Radia Merkury. Trzeci biegnie równolegle do ulicy Głogowskiej, w okolicach centrum handlowego Magnolia.
Każdy z nich ma około 80 metrów długości i zaledwie 2 metry wysokości — wystarczająco, by stać, ale nie na tyle, by zapomnieć o klaustrofobicznej ciasnocie. Schron dostępny dla zwiedzających — ten od strony ulicy Matejki — to labirynt wąskich, krętych pomieszczeń o łącznej długości 110 metrów, z dwoma głównymi wejściami i jednym wyjściem ewakuacyjnym. Mógł pomieścić od 150 do 450 osób.

Architektura strachu
Wnętrza schronów projektowano z myślą o ochronie przed odłamkami bomb i gazem bojowym. Korytarze nie biegną prosto — celowo wprowadzono załamania i progi, które miały tłumić falę uderzeniową i zatrzymywać odłamki. Drzwi zamykano hermetycznie, a system wentylacji wyposażono w filtry przeciwgazowe. Przy głównych wejściach ustawiono ławeczki dla dzieci — drobny, poruszający detal, który przypomina, dla kogo przede wszystkim przeznaczono te podziemia.
Oświetlenie zapewniały świece i lampy naftowe. W betonowych ścianach do dziś widoczne są ślady po uchwytach na lampki, rysy i napisy, które przeszło osiemdziesiąt lat temu zostawili ludzie czekający na koniec nalotu. Te ściany pamiętają więcej, niż jesteśmy w stanie wyobrazić sobie z perspektywy spokojnego spaceru po parku.

Zapomnienie i odkrycie
Po wyzwoleniu Poznania w 1945 roku schrony straciły swoje militarne znaczenie. Wejścia zostały zasypane, zarośnięte, a z czasem — zapomniane. W 1958 roku ktoś natrafił na podziemne korytarze, ale odkrycie nie wzbudziło większego zainteresowania i schrony ponownie pogrążyły się w ciszy.
Prawdziwy przełom nastąpił dopiero w 1998 roku. Podczas remontu Parku Wilsona i Palmiarni robotnicy rozbierający stare kioski natknęli się na otwór prowadzący w głąb ziemi. Tym razem odkrycie potraktowano poważnie. Podziemne korytarze zabezpieczono, zbadano i stopniowo przygotowano do udostępnienia publiczności.
Dziś opiekę nad dostępnym schronem sprawuje Palmiarnia Poznańska. Zwiedzanie odbywa się wyłącznie z przewodnikiem, po wcześniejszej rezerwacji. Wejście znajduje się przy bramie od strony ulicy Matejki 18. Schron jest także jedną z atrakcji corocznych Dni Twierdzy Poznań — wydarzenia, które przyciąga miłośników fortyfikacji z całego kraju.

Poznań — miasto na schronach
Schrony w Parku Wilsona to tylko fragment podziemnej historii Poznania. W czasie zimnej wojny, na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, pod willą przy ul. Słupskiej 62 wybudowano ściśle tajny schron przeciwatomowy przeznaczony dla władz miasta — punkt dowodzenia Obrony Cywilnej. Informacja o jego istnieniu była utajniona aż do roku 2000, a dokładna lokalizacja ujawniona publicznie dopiero w 2012 roku. Z kolei w Szczecinie zachował się największy schron cywilny z okresu II wojny światowej w Polsce — podziemne trasy pod Dworcem Głównym, o łącznej powierzchni 3000 metrów kwadratowych, mogące pomieścić 5000 osób, zbudowane przez polskich i francuskich robotników przymusowych w 1943 roku. Po wojnie przebudowany na schron przeciwatomowy i ośrodek szkolenia Obrony Cywilnej, dziś funkcjonuje jako trasa turystyczna z trzema wystawami tematycznymi.
Te budowle — od poznańskich korytarzy pod kasztanowcami, przez tajne bunkry partyjne, po szczecińskie podziemia — tworzą podziemną mapę polskiego XX wieku. Każdy schron to zapis lęku danej epoki: przed bombami, przed atomem, przed zagładą.
Dlaczego warto zejść pod ziemię
Schrony przeciwlotnicze w Parku Wilsona nie są muzeum w tradycyjnym sensie. Nie ma tu gablot z opisami ani interaktywnych ekranów. Jest surowy beton, ciemność, chłód i cisza. I właśnie ta surowość stanowi ich największą siłę. Schodzenie stromymi schodami w głąb ziemi, przechodzenie przez wąskie korytarze z załamaniami — to doświadczenie cielesne, które żadna książka historyczna nie jest w stanie zastąpić. Stojąc w miejscu, gdzie ponad osiemdziesiąt lat temu matki tuliły dzieci, nasłuchując odgłosu bomb, człowiek rozumie wojnę inaczej niż z podręcznika.
Jednocześnie te podziemia są pomnikiem budowniczych — polskich robotników, którzy wznieśli te ściany i zapłacili za to życiem. Ich imiona nie zachowały się w żadnych dokumentach. Jedynym śladem ich istnienia jest sam beton, który przetrwał dłużej niż pamięć o nich.
Ten artykuł powstał częściowo dzięki starym fotografiom i nagraniom, które ujrzały światło dzienne, gdy ktoś przyniósł swoje rodzinne pamiątki do digitalizacji. To skłoniło nas do refleksji — ile jeszcze takich materiałów kryje się na strychach, w pudełkach po butach, w starych szafach — być może związanych z historią schronów w Parku Wilsona lub innymi miejscami pamięci. Jeśli ktoś posiada stare zdjęcia, nagrania lub dokumenty związane z tym miejscem, serwisy takie jak EachMoment mogą pomóc je ocalić dla przyszłych pokoleń.